Mała czarna hinduska

Mistrz parzenia kawy z Bundi
Mistrz parzenia kawy z Bundi

Kawa, kawka, kawusia kochana. Doskonały trunek na dzień dobry, pobudzenie zmysłów, idealny na towarzyskie spotkania. Dla mnie kawa to nie tylko przyjemność ale i praca. Nic więc dziwnego, że gdy w czasie podroży po Indiach, spragniony kawusi kochanej trafiłem na mistrza – zaparzacza kawy, nie omieszkałem spróbować hinduskiej wersji małej czarnej.

Błękitne miasto Bundi
Błękitne miasto Bundi

W samym środku Indii, w prowincji Radżasthan, w przeuroczym miasteczku Bundi, a ściślej mówiąc w jej średniowiecznym centrum, w jednym z zaułków, na kamieniu siedział jegomość. Chudy jak szczypiorek z charakterystycznym dla hindusów wąsem, który niemal jak czarodziej miksował magiczne ziarna i tworzył niezwykle aromatyczny napar. Muszę przyznać, że doskonałe komponował się do krajobrazu starego miasta.

Bundi to miasto-zabytek. Mimo XXI wieku nadal poprzecinane jest rynsztokami a w wielu miejscach zamiast żarówek świecą się świeczki. To, co je wyróżnia to na niebiesko pomalowanymi fasady. Swoją drogą, jeśli gdzieś na zdjęciach zobaczycie niebieskie miasto z Indii z duży prawdopodobieństwem będzie to Bundi właśnie.

Wróćmy jednak do kawy. Spragniony, wyposzczony przez kilka tygodni tułaczki o herbacie tylko, nie mogłem przejść obojętnie gdy nos rozświetlił znany mi zapach: KAWA! Zamówiłem. Spróbowałem… Niebo w gębie. Niesamowita mieszanka przypraw, korzeni i ziaren, zanurzona w gorącym, słodkim mleku z dodatkiem aromatycznej kawy.

Żal byłoby tylko spróbować i nie wiedzieć jak naprawdę tworzy się to egzotyczne cudo. Łatwo nie było bo mistrz nie mówił po angielsku – znał raptem kilka słów. Jak się później okazało to wystarczyło. Poprosiłem go aby zademonstrował mi jak zrobić hinduską kawę.

Tajemnica tkwi w przyprawach i w sposobie ich przygotowania. Najważniejszy jest kardamon, który mistrz profesjonalnie rozcierał na kamieniu. Nie mniej ważny jest cynamon, kumin i mięta (!). Do tego świeży imbir i cukier. Później mleko z odrobiną miodu, podgrzewane na ogniu do odpowiedniej temperatury. Chodzi o to, by nie było za gorące bo zmienia smak i traci swoją słodkość. Gdy osiągnie odpowiednią temperaturę mieszanka ziół i korzeni trafia do wspólnego naczynia. Teraz zaczyna się show. Mistrz z gracją artysty cyrkowego przelewa miksturę z jednego kubka do drugiego. Wyglądało to naprawdę efektownie ale to co mnie najbardziej interesowało to kawa. W końcu jestem w kraju, który leży w strefie gdzie rosną krzaki kawowca i który produkuje jedne z lepszych gatunkowo ziaren.

Mijają kolejne minuty przedstawienia i w końcu mistrz sięga po kawę. Serce wali coraz szybciej. Za chwilę wyciągnie ziarna. Może używa Kopi Luwak? Może to Peaberry? Sięga do koszyka i oto jest… Nescafe! Co? Rozpuszczalny śmieć? Mrożone i przetworzone chemicznie granulki czegoś… Ech… Czar prysł.

Pamiętam jak jeden barista opowiadał mi jak rozpoznać dobra kawę:

Kupuj ziarna – one zawsze są całe i możesz ocenić ich jakość. Jak nie ziarna to mielona pakowana w niedużych paczkach. W dalszym ciągu używa się dobrych ziaren choć mogą być zniszczone lub pokruszone. Nigdy kie kupuj rozpuszczalnej. Wyobraź sobie, ze powstaje ona z tego co nie nadaje się do dwóch poprzednich. Ot, zamiatają kontener lub magazyn i robią z tego kawę rozpuszczalną.

Tymczasem ja trafiłem na Nescafe. Czasami warto nie widzieć, jak się przyrządza niektóre potrawy. Kawa była świetna do momentu gdy okazało się, że to zwykła rozpuszczalna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s