Trucha lubi pływać w Titicaca

Ryba zwana truchą
Ryba zwana truchą

Po kilkunastu godzinach spędzonych w autobusie trafiliśmy do Boliwii. Nie obyło się bez przygód. Autobus, który miał nas dowieźć do Copacabany wyrzucił nas grubo przed granicą. Zaopiekowała się nami starsza pani, której zadaniem było przeprowadzenie dwóch białych gringo przez granicę. Wsadziła nas do rozklekotanego busika i zawiozła do przejścia granicznego. Tam musieliśmy sobie radzić sami. Na szczęście złapaliśmy kolejny autobus, który dowiózł nas do celu.

Opuszczaliśmy Peru z żalem, bo jedzenie jakie nam serwowano naprawdę przypadło nam do gustu. Było trochę orientalne, ale idealnie dopasowane do europejskiego podniebienia. Jesteśmy zgodni, że gdybyśmy otworzyli peruwiańską restaurację w Polsce to na pewno cieszyłaby się niemałym powodzeniem a my zostalibyśmy bogaczami. Ot, taka papa huancaina, czyli ziemniak w sosie majonezowo-musztardowym z tajemniczą mieszanką ziół, byłaby doskonałą przystawką do nadziewanych papryczek.

papa huancaina, czyli ziemniak w sosie majonezowo-musztardowym
papa huancaina, czyli ziemniak w sosie majonezowo-musztardowym

Poza tym ostrzegano nas, że jedzenie w Boliwii jest o wiele gorsze niż w Peru i że przez najbliższy miesiąc będziemy chodzić głodni. Mimo to zaryzykowaliśmy i oto jesteśmy w Boliwii.

Nasz pierwszy przystanek jest w miejscowości Copacabana nad jeziorem Titicaca. Po raz kolejny musimy zmierzyć się z wysokością ponad 3800 mnpm (Titicaca to najwyżej położone jezioro na świecie, po którym można żeglować). To oznacza, że na nowo uczymy się poruszać w rozrzedzonym powietrzu z mniejszą zawartością tlenu i na nowo oddychać. Na szczęście z jedzeniem nie mamy problemów.

Z lekką trwogą szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy zjeść nasz pierwszy obiad. Copacabana to bardzo turystyczne miejsce i na nasze nieszczęście więcej tu barów serwujących pizzę i hamburgery niż lokalnych jadłodajni. Zrezygnowani wracaliśmy do hostelu, gdy prawie przez przypadek trafiliśmy do hali, w której rozstawionych było kilkanaście stoisk. Każde serwowało jedno z dwóch dań: trucha frita lub pollo con arroz, czyli smażonego pstrąga lub kurczaka z ryżem. Wybraliśmy najbardziej uśmiechniętą panią i zamówiliśmy oba dostępne specjały.

Jedzenie było wyśmienite. Zarówno ryba jak i kurczak były idealnie przyrządzone i świeże. Zapewne jeszcze rano pstrąg pływał w Titicaca a kura biegała po Copacabanie. Pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne. Kuchnia boliwijska zdała egzamin. Bez obaw możemy ruszać w dalszą podróż.

Najpopularniejsze zestawy lanczowe na targu Copacabanie
Najpopularniejsze zestawy lanczowe na targu Copacabanie
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s