Boliwijski Wars wita nas

Ostatni sprzedawcy jedzenia wsiadają do pociągu
Ostatni sprzedawcy jedzenia wsiadają do pociągu

W Ameryce Południowej nie ma zbyt wielu okazji, aby podróżować pociągiem, dlatego nie omijamy żadnej z nich. Gdy trafiliśmy do Santa Cruz w Boliwii nie było dyskusji, czy jechać słynnym „pociągiem śmierci” czy nie.

Śmierci, nie dlatego, że trasa biegnie jak równie słynna droga, na skraju przepaści, nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Wręcz przeciwnie. Linia kolejowa biegnie po idealnie płaskiej równinie i z chirurgiczną precyzją tnie prostą linią stepy i dżunglę Boliwii. Na kilkuset kilometrowym odcinku są, co najwyżej dwa bądź trzy zakręty. Pociąg otrzymał to makabryczne miano w czasach żółtej febry gdy  zwożono tędy ofiary choroby. Zresztą później, gdy linię przedłużono przydomek jeszcze bardziej się sprawdził. Ponoć linia usłana jest trupami tych, którzy wybrali miejsca siedzące na dachu wagonów i nie dojechali do celu.

Do pociągu śmierci wsiedliśmy w Santa Cruz mijając kilku policjantów, strażników i nawet specjalnie szkolonego psa, którzy koniecznie chcieli znaleźć w naszym bagażu narkotyki. Oczywiście, że mieliśmy narkotyki! Być w Boliwii i nie mieć koki to grzech. Nie ma nic fajniejszego, niż żuć kilka listków zakazanego krzewu dla towarzystwa. Od razu uspokajam, żucie koki w Boliwii ma tyle wspólnego z nałogiem narkotykowym, co jedzenie babcinego makowca nad Wisłą.

Tak więc wsiedliśmy do pociągu ze świeżym zapasem koki, do wagonu oznaczonego klasą Primera – to najniższa klasa w tym pociągu przypominająca nasze co bardziej wysłużone żółtki. Do pierwszego przystanku jechało się znakomicie, niemalże jak w słynnym wierszu o lokomotywie. Jednak na pierwszej stacji do pociągu dosiadło się chyba ze 100 kobiet. Każda z nich ubrana była w świeżo wyprasowany biały fartuch, obarczona była tobołkiem, ciągnęła jakieś wiaderko i, co najgorsze, wykrzykiwała swoją ofertę kulinarną. To były kucharki z naszym prowiantem. Przez chwilę wydawało mi się, że w wagonie więcej jest kucharek niż pasażerów.

Każda z kucharek  obarczona była tobołkiem, ciągnęła jakieś wiaderko i, co najgorsze, wykrzykiwała swoją ofertę kulinarną.
Każda z kucharek obarczona była tobołkiem, ciągnęła jakieś wiaderko i, co najgorsze, wykrzykiwała swoją ofertę kulinarną.

Główną specjalnością pań był kurczak. Można było zamówić kurczaka pieczonego, kurczaka w sosie, kurczaka z warzywami, z ryżem, z makaronem a nawet z frytkami. Wszystkie były serwowane z ziemniakami – te z frytkami też, a jakże by inaczej. Niektóre porcje były przygotowane na tackach, niektóre w woreczkach. Jeszcze inne kucharki serwowały do własnych naczyń wprost z garnka. Wszystkie dania były gorące i niezwykle aromatyczne tak, jakby dopiero co zostały przyrządzone. Naszą uwagę przykuła młoda dziewczyna, która sprzedawała asarito, czyli ni mniej ni więcej a placki ziemniaczane z dodatkiem mielonej wołowiny! Po kilku tygodniach w podróży trafiliśmy na nasz, polski przysmak. No dobrze, może trochę inny ale i tak bardzo przypominający nasze polskie placki ziemniaczane. Tego nam było trzeba dlatego z ochotą zamówiliśmy potrójną porcję. Swoją drogą, gdy dotarliśmy do celu podróży, do osady San Jose de Chiquitos, asaritos okazały się przebojem festynu z okazji Niedzieli Palmowej. Do kucharek serwujących placki ustawiały się najdłuższe kolejki. My też w nich staliśmy.

Asaritos okazały się przebojem festynu
Asaritos okazały się przebojem festynu

Tymczasem w pociągu po daniach głównych przyszła pora na ciastka, przekąski, świeżo pieczone bułki, następnie soki z pomarańczy i kokosów, jogurty, galaretki, budynie, a nawet coca colę. I tak przez 8 godzin.

Prawdę mówiąc uznaliśmy określenie „pociąg śmierci” za bardzo trafne i nadal bardzo aktualne. Po kilku godzinach podróży w kiwającym się na boki niemiłosiernie pociągu, bez klimatyzacji, ze wszystkimi otwartymi oknami, z setką kucharek nieustająco krążących po zaledwie czterech wagonach, czuliśmy się kompletnie nieżywi.

Pociąg śmierci na skraju boliwijskiej dżungli
Pociąg śmierci na skraju boliwijskiej dżungli
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s