Nie ma jedzenia na pustyni

Dochodzi południe a my stoimy w środku pustyni bez perspektywy na to, że do autobusu dosiądzie się jakaś miła Boliwijka, która zaoferuje nam Papas con huevo
Dochodzi południe a my stoimy w środku pustyni bez perspektywy na to, że do autobusu dosiądzie się jakaś miła Boliwijka, która zaoferuje nam Papas con huevo

Kiedyś musiało się to stać. W środku przeciętej jedynie asfaltową wstęgą pustyni zepsuł się autobus. Teoretycznie w Boliwii nie powinno nikogo to dziwić, jednak dla nas, mimo przejechanych już tysięcy kilometrów, było to coś nowego. Jedynym plusem w tej beznadziejnej sytuacji było to, że wraz z silnikiem zamilkły głośniki serwujące niemiłosiernie głośne lokalne rytmy, przy których nawet nasze zatyczki do uszu nie bardzo działały.

Tak, czy siak stoimy. I, jak to w takich przypadkach bywa, zarówno czas jak i miejsce były fatalne. Nasze brzuchy były totalnie puste. Nie było w nich już śladu po śniadaniu. Zresztą pamięć po pierwszym posiłku w ciągu dnia w Boliwii bardzo szybko przemija. Bynajmniej nie serwują tu czegoś w rodzaju English Breakfast. Rano musi wystarczyć bułka z dżemem lub sok ze świeżo wyciśniętej papai. Jak ma się szczęście to można dostać i jedno i drugie. Niestety, taka porcja jedzenia wystarcza turystom z Polski na pierwszą godzinę podróżowania.

Tymczasem, dochodzi południe a my stoimy w środku pustyni bez perspektywy na to, że do autobusu dosiądzie się jakaś miła Boliwijka, która zaoferuje nam Papas con huevo (gotowane ziemniaki z jajkami na twardo) lub Scocilas (biszkoptowe babeczki). W plecakach mamy jeszcze puszkę sardynek i podarowane nam w Polsce ogórasową i żurek, ale nie sądzę by kierowca był zainteresowany naszymi bagażami leżącymi na dachu autobusu, gdy jego pojazd stoi rozkraczony na pustyni. Znajomi gringos z Holandii przezornie zaopatrzyli się w bułeczki, które pracowicie nadziewają teraz ziemniaczanymi czipsami. Szczęściarze.

Trzeba przyznać, że w Boliwii potrafią robić czipsy. Nikt nie kupuje Pringles – oprócz turystów z Ameryki Północnej i niektórych przyjezdnych z Europy. Wszyscy raczą się domowymi czipsami, które na każdym rogu sprzedają ubrane w kolorowe chusty pulchne panie. Można u nich też kupić prażone orzeszki ziemne i, nasze ulubione, prażone ziarna bobu. Nigdy bym nie wpadł na to, że bób można jeść w innej wersji, niż gotowany z odrobiną masła, czosnkiem i koperkiem. Prawie zapomniałbym o ryżowych chrupkach i popcornie, które je się w Boliwii taczkami.

Ryżowe chrupki można kupić wprost z taczki
Ryżowe chrupki można kupić wprost z taczki

Oj, rozmarzyliśmy się. Takie przenośne budki ze snakami to świetna sprawa. Można w nich kupić m.in. hamburgeresy, oczywiście domowej roboty, świeżo przygotowane. Nie mają one z sieciowymi bułkami dużo wspólnego. Buła jest prawdziwą bułą a nie dmuchaną gumową piłką. Kotlet jest po prostu kawałkiem prawdziwego mięsa, a nie, jak mawia mój tato, rąbanką z budą. Do wyboru jest smażona pierś z kurczaka albo wołowina. Do tego dodatki: marynowana w limonce cebula, coś w rodzaju sałatki jarzynowej i, obowiązkowo, frytki ze świeżych ziemniaków. Uważać trzeba tylko gdy dodawane są sosy. Jeśli odpowiednio wcześniej nie powie się na co ma się ochotę to przeurocza pani zrobi kanapkę „na bogato”, zalewając wszytko uczciwą porcją i majonezu, i keczupu, i musztardy i pikante (ostrego sosu). Też smakuje, ale jedzenie jest mało wygodne bo sosy przelewają się przez palce.

Mieszkańcy Boliwii nie dają sobie wcisnąć byle czego i nawet fast foody są porządnie zrobione. W stolicy La Paz jest dziesiątki miejsc, w których można zjeść pieczonego kurczaka czy bułki z wołowiną. W odróżnieniu od restauracji Macdonald’s wszystkie danie przygotowywane są ze świeżych produktów. Ziemniaki na frytki są świeżo pocięte, kotlety na hamburgery robione są ze świeżego mięsa, w kuchni kucharki siekają kapustę, kroją ogórki i pomidory. Mimo, iż miejsce nazywa się fast foodem na jedzenie trzeba czekać. I dobrze, bo to oznacza, że jest dopiero co przygotowane a nie wyciągnięte z zamrażalki i ugotowane w mikrofalówce. Wchodząc do takiego fast fooda mieliśmy wyrzuty sumienia. Wychodząc – już nie.

Boliwia jest bodaj jedynym krajem na świecie, w którym po krótkiej próbie obecności Macdonald’s poddał się oddając rynek miejscowym hamburgeresom. Chwała Boliwijczykom!

Chwała naszemu kierowcy! Jesteśmy uratowani! Kierowca okazał się bardzo sprawnym mechanikiem i autobus jest gotowy do drogi. Za kilkanaście kilometrów dosiądzie się do nas baba ze wsi ze świeżymi Papa rellena, czyli plackami ziemniaczanymi nadziewanymi serem, jajkiem na twardo i warzywami. Palce lizać!

Papa rellena
Papa rellena
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s