Pikantne pożegnanie z Tajlandią

Zupa Tom Yum, którą po polsku nazywam mniam mniam
Zupa Tom Yum, którą po polsku nazywam mniam mniam

Są dwie rzeczy, które doskwierają mi w podróży. Po pierwsze wielkość. Niestety, mieszkańcy większej części świata są mniejsi od typowego obywatela starego kontynentu. To oznacza, że łóżka są za krótkie, autobusy za niskie, siedzenia za małe. Niejeden tubylec w Wietnamie ubawił się moim kosztem, gdy obserwował zmagania białasa z mini-taboretami. Ile to razy wstawałem z krzesełkiem zaklinowanym na moich czterech literach?

Po drugie w podróży przeszkadza mi czas. Jeśli chodzi o mnie to mógłby stać w miejscu. Tymczasem stanowczo biegnie on za szybko. Nawet w takich miejscach jak Laos, gdzie ma się wrażenie jakby ludzie chodzi na zwolnionych obrotach. Bez względu na to, czy podróżuje się 2 tygodnie, czy pół roku, nawet się nie oglądniesz a już musisz się żegnać z wakacjami.

Po ponad 3 miesiącach w południowo-wschodniej Azji czas się z nią żegnać. Dziś spędzamy ostatnią noc w Bangkoku. Chyba mało które miejsce w tej części świata skupiało jak w soczewce elementy całego tego skrawka globu. Od bogatego i sterylnie czystego Singapuru, po piszczącego z biedy Laosu. Z jednej strony Bangkok to bogata metropolia z wieżowcami i domami z betonu, szkła i aluminium, z drugiej drewnianych chatek, ciasnych uliczek i wszędobylskich, bezpańskich psów. W Bangkoku bez trudu można wydać setki dolarów na ekskluzywny obiad w pięciogwiazdkowym hotelu. Można też zjeść za niewiele ponad 3 złote całkiem spory talerz zupy z makaronem.

Dzisiaj celebrujemy koniec pobytu w Tajlandii. Kulinarnie. Żegnamy się z ostrą papryką. Jedzenie ma być z najwyższej półki. Nie pójdziemy do restauracji na trzydaniowy obiad. Nauczyliśmy się, że w restauracjach dania przygotowywane są „pod turystów”, tzn. zawierają śladowe ilości chilly. A przecież, co jak co, ale tajska kuchnia znana jest przede wszystkim ze swojej pikanterii. Dziś danie zamawiamy tak jak tubylcy – zupę tom yam na wynos z jednego z ulicznych wózków. Starsza pani, która już od kilku godzin siedzi przed naszym hotelem i uwija się jak ukropie, dogadza miejscowym głodomorom. Długa kolejna to dobry znak i gwarancja, że obiad będzie udany.

Zamówienie jest dość proste – pani serwuje jeden rodzaj zupy za to w dwóch wariantach: z mlekiem kokosowym lub bez mleka. Wybieramy wersję bogatszą. Do plastikowych woreczków trafiają: zupa z mięsnymi pulpetami, makaron, szatkowana kapusta i kiełki, odrobina kiszonej kapusty (kiszonej po tajsku – nic nie ma wspólnego z polską wersją). Na koniec dostajemy styropianowe talerzyki, plastikowe sztućce i papryczkę chilly, gdyby zupa nie była wystarczająco ostra.

Składniki zupy – jak ją później nazwaliśmy „Zrób to sam” (na zdjęciu poniżej) – połączyliśmy w zaciszu hotelowego pokoju (efekt finalny na zdjęciu powyżej). Było smacznie i ostro. Bardzo ostro. Kula ognia, mimo upływających godzin i wypitej koli, nadal wypala przewód pokarmowy. I tak powinno być! Taka jest tajska kuchnia. I za to ją kocham.

Zestaw Tom Yum - zrób to sam
Zestaw Tom Yum – zrób to sam
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s